Menu Ikona menu Ikona zamknij

Mój romans z Rogersem

Znaczenie triady rogersowskiej ewaluowało we mnie w trakcie mojej drogi terapeutycznej. Dojrzewanie w obszarach terapeutycznym i osobistym – nierozłącznie ze sobą związanych, gruntowało we mnie przekonanie, że będąc w narzędziem w mojej pracy gotowym do korzystania ze swoich zasobów na poziomie poznawczym, emocjonalnym, duchowym i cielesnym potrzebuję triadę rogersowską uwzględniać w moim życiu. Przyjęcie jej jako podstawowego narzędzia do pracy z pacjentem, urosło przez lata do doświadczenia triady jako fundamentu leczącej więzi.

Akceptacja przyjęła we mnie postać zgody na osobę taką, jaką ona jest ze swoją historią, zasobami, ograniczeniami, z chorobą, z całym jej wewnętrznym światem. Zgadzając się i nie dyskutując z jej wyborami, zawieszając ocenę pozostaję w wolności nie przymuszając siebie do przedwczesnej diagnozy lub szukania drogi ratunku dla cierpiącej, zagubionej, bezradnej, często wściekłej na swój los osoby mogę towarzyszyć jej w wolności pozostając w prawdzie o jej świecie. Zgadzając się na jego tempo przetwarzania doświadczeń mogę być delikatna i nieinwazyjna, a jednocześnie bardzo uważna i obecna. Dostrzegłam jak próba przyspieszenia czegokolwiek w pracy z pacjentem narusza rytm naszego wspólnego bycia w czasie sesji. Droga pacjenta z miejsca, w który mówi nie wiem czego potrzebuję, do miejsca w którym odkrywa to, czego potrzebuje jest drogą, którą jako terapeutka oświetlam, pomagam odkrywać znaczenia i w życzliwy sposób towarzyszę będąc gotową na eksperyment, mogący pogłębić doświadczenie pacjenta, jeśli zechce z niego skorzystać. Akceptacja urosła w swoim znaczeniu dla mnie do bardziej dojrzałej w swoim wyrazie postaci. Dojrzalszej, bo angażującej mnie na poziomie duchowym w świat pacjenta, którego nie mogę znać lepiej niż on. Do tego świata zbliżam się, na tyle, na ile to możliwe, ale pozostaję w swoim. Na styku naszych światów rodzi się nowa jakość, którą pacjent może przyjąć, ale może też odrzucić lub przyjąć częściowo. To wymiar wolności pacjenta, w który nie mam prawa ingerować i chcę szanować, bo jest to, co jest i nie ma niczego innego.

Empatia jest tym elementem triady, który pomaga w spotkaniu, pomaga w zrozumieniu tego, co przeżywa pacjent, dzięki czemu nie czuje się on samotny z tym, co przeżywał lub przeżywa. Zrozumienie, że samotność nie jest stanem fizycznym, ale psychicznym i że w gabinecie terapeuty pacjent może poczuć się samotny, jeśli nie czuje się zrozumiany było dla mnie zaproszeniem do zatrzymania się nad jakością empatii we mnie. C. Rogers, o którym podobno mówiono, że nawet sznurówki jego butów słuchały potrafił używać swojej empatii w sposób, który dawał pacjentom poczucie, że nie są sami, są ważni i rozumiani. Momenty, w których spotykam się z pacjentem w tym samym miejscu, a pacjent mówi – „dokładnie to czuję, właśnie tak ze mną jest, sam bym lepiej tego nie nazwał”, to momenty w których jesteś-my. Ten zapis jesteś-my, ja jestem, ty jesteś, my jesteśmy są dla mnie wzruszające i pełne przyjaźni. Są byciem przy Jaźni pacjenta i mojej, są spotkaniem naszych Jaźni. Bez empatycznego towarzyszenia nie jest możliwe przeżycie korektywnego doświadczenia. Większość moich pacjentów w efekcie braku empatii ze strony opiekunów na etapie dzieciństwa oraz w dorosłym życiu straciło empatię dla samych siebie. Empatia wobec siebie samego pozwalająca na współczucie sobie, na zajęcie się sobą w sposób, który buduje dobrostan, nie może wydarzyć się bez wcześniejszego doświadczenia bycia dla innych osobą, zasługującą na uwagę i zrozumienie. Osobą której świat wewnętrzny zostanie przyjęty jako prawdziwy. Wyrazem tego, są empatyczne reakcje osób w otoczeniu. Bez empatii stajemy się niewidoczni dla świata, a przez to nieważni dla samych siebie. Empatia zbliża, empatia okazana w kryzysie w relacji – także terapeutycznej, buduje więź. Kiedy oddalam się od pacjenta choćby z powodu nieuważności nadal mam szansę naprawić to, kiedy okażę empatię. Brak empatii rujnuje, empatia buduje. Jest jak zaprawa, która potrafi sklejać naruszony przez brak akceptacji, niezrozumienie, brak uważności fundament więzi - także terapeutycznej.

Autentyzm w relacji terapeutycznej oswajałam dużą delikatnością, mając świadomość, że nie znajdę jednej reguły. Badałam granice mojej autentyczności szukając tych najbardziej adekwatnych i służących relacji terapeutycznej. Odkrywałam w jaki sposób moja autentyczność czyni mnie w kontakcie z pacjentem jeszcze bardziej żywą i obecną. Jak z kontaktu przekształca się w relację, w której lustro którym staję się w terapii ma także swoje wewnętrzne światło. Jestem wówczas lustrem świadomym swojego światła i cienia, odbijającym światło lub cień pacjenta. Żywym lustrem. Czasem pacjent może chcieć w nie czymś rzucić, czasem zachwycić się w nim sobą, którego wcześniej nie dostrzegał. Potrzebuję o moje wewnętrzne lustro dbać, aby odzwierciedlało adekwatnie moich pacjentów i moje wnętrze. Odkrywałam z czasem, że to będzie możliwe, jeśli nie poświecę dość dużo czasu na przeglądanie się w sobie. Najlepiej można usłyszeć siebie w ciszy. Medytacja w milczeniu, której poświęciłam tygodnie odosobnienia pomogła mi nie tylko w regulacji, ale także w odkryciu tego, co nie jest możliwe do odkrycia w relacji. Doceniłam potrzebę jednego i drugiego, ponieważ w relacji nie wydarza się to, co w samotności i ciszy, a w samotności nie wydarza się to, co dzieje się w relacji. Jeśli ja tego potrzebuję, to moi pacjenci również. Autentyzm, akceptacja, empatia wobec pacjentów i wobec siebie tworzy fundament, w którym dbam o mój dobrostan tak, aby być uważną na dobrostan pacjenta w gabinecie. Pacjent, który w psychoterapii zbliża się do autentycznego JA, akceptuje prawdę o sobie, swojej historii, swoich zasobach i ograniczeniach, o swoich schematach z empatią, która pozwala rozumieć siebie samego. Triada Rogersa jest trój jednością. Trójkąt to jedyna figura geometryczna, przez którą można przeprowadzić tylko jedną płaszczyznę. Brak jednego z elementów triady doprowadza do naruszenia płaszczyzny głębokiego porozumienia. Kiedy zdarzy mi się nietrafiona reakcja, triada przychodzi z pomocą – mogę autentycznie się do tego odnieść z empatią dla pacjenta i dla siebie. Te narzędzia pozwalają mi w takich momentach pracy na oddech, na powrót do siebie, bo tylko w kontakcie z sobą mogę być w takim kontakcie z klientem, który zapewni mu bezpieczeństwo oraz emocjonalno - duchowy wzrost.

Ikona menu